Sto lat temu miałem taką zieloną bluzę fruit of the loom, która była moją ulubioną bluzą, trochę dlatego, że bardzo ją lubiłem, a trochę dlatego, że była jedną z dwóch, jakie miałem, bo byliśmy biedni jak skurwysyn. To była dobra bluza, fajnie leżała na mnie i dziewczętach, które z jakiegoś do dziś mi nieznanego powodu chciały ją przymierzać w chłodne wieczory, no i dobra, no i huj.
Mam sporą wyrwę w pamięci między 2007, a 2010, pamiętam z wtedy niewiele, albo i całkowicie mało, głównie przez narastający we mnie alkoholizm, ale też dlatego, że sporo chciałem nie pamiętać, a że mózg nie potrafi zapominać pojedynczych rzeczy, zamiast tego wypierdalając całe pakiety danych, to i nie pamiętam prawie nic, pojedyncze zdarzenia bez dat.
Wtedy też gdzieś posiałem tą bluzę, huj wie, nie znam jej dalszych losów, po prostu któregoś dnia przestałem ją mieć i za nic nie przypomnę sobie, kiedy to się stało, chociaż mam uzasadnione podejrzenia, że zajebał mi ją Rimbaud i napisał Moją Bohemę.
Tak czy owak, po latach kupiłem sobie zieloną bluzę fruit of the loom, ale kompletnie nie leży, co by oznaczało, że albo to nie jest ta bluza, albo to nie jestem ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz